Widzimy je wszędzie. Kabina klasy biznes z prawdziwymi drzwiami. Większość pasażerów akceptuje te zmiany jako coś oczywistego. Oczywiście. Ludzie są inni. Niektórym nadal podobają się stare konfiguracje wnętrz. Być może latają w parach lub rodzinach. Nie ma jednego, uniwersalnego rozwiązania.

W tym artykule przyjrzymy się trendowi w zakresie drzwi. Lubię go. Naprawdę. Ale słyszę też skargi. Niektóre argumenty są zasadne. Inne wyglądają śmiesznie.

Dziwny opór

Logiczne jest stwierdzenie: „Nie obchodzi mnie to. Nie stawiaj drzwi. Wydaj pieniądze na coś innego”. To sprawiedliwe.

Ale potem spotykasz się z takim punktem widzenia:

“Nie rozumiem tej obsesji na punkcie drzwi. Jeśli naprawdę chcesz prywatności… wyczarteruj prywatny odrzutowiec? Po co w ogóle lecieć?”

Po co od razu popadać w skrajności?

Argument ten sugeruje, że miłość do drzwi wskazuje na jakiś sekretny, wstydliwy powód do ukrywania się. Lub że ktoś oszukuje sam siebie. Jeśli chcesz tego poziomu izolacji, lataj prywatnie. Najwyraźniej radość ze stopniowego doskonalenia usług jest obecnie uważana za cechę charakteru.

W tym samym zdaniu słowo „drzwi” można zastąpić słowem bezpośredni dostęp do przejścia. Czy to będzie miało większy sens?

“Mam obsesję na punkcie pełnych leżaków! Gdybym tak bardzo ich potrzebował, dlaczego nie miałbym polecieć czarterowym lotem?”

To nie działa. Jednak przeciwnicy drzwi upierają się, że ludzie mają obsesję na punkcie tego pomysłu. Nie ma obsesji. Jest tylko komfort.

Dlaczego drzwi mi się sprawdzają

Czy mam na ich punkcie obsesję? Nie.

Czy wybieram linię lotniczą wyłącznie na podstawie dostępności drzwi? Ani też.

Jednakże istnieje korelacja. Jeśli salon ma drzwi, produkt jest zazwyczaj nowoczesny. Całkowicie płaskie krzesła. Bezpośredni dostęp do korytarza. Rzadko jest to kompromis budżetowy.

Dla mnie klasa biznes oferuje dwie główne rzeczy: przestrzeń i prywatność.

Przestrzeń ma swoje granice. Linie lotnicze maksymalizują odstępy między rzędami. Mocniej pakują siedzenia. Przestrzeń w kabinie jest droga.

Prywatność pozostaje.

A prywatność nie oznacza, że ​​ukrywasz zabronione przedmioty. A może dołączysz do klubu na wysokości trzynastu tysięcy metrów. Oznacza to zmniejszenie liczby czynników rozpraszających.

Nawyki snu każdego są inne. Lepiej śpię w kokonie. Nie chcę patrzeć na nieznajomych. Albo mam wrażenie, że obcy ludzie na mnie patrzą.

Drzwi blokują światło. Ekrany innych osób. Blask.

Irytujący sąsiedzi z rzędu znikają za przegrodą. Nie mogą zajrzeć do twojego laptopa. Nie mogą wygłaszać wykładów na temat słuchawek redukujących hałas.

Jeśli jedziesz po zróżnicowanym pasie, znasz ryzyko kolizji. Łokcie. Tace. Z twoimi stopami. Drzwi rozwiązują ten problem.

Czasami człowiek choruje. Nawet niewielka niedrożność nosa staje się mniej intymnym problemem, gdy nie możecie się widzieć.

Co jest najważniejsze? Możesz zostawić drzwi otwarte. Boczny ekran nadal zapewnia wizualną separację. Żadnej klaustrofobii.

Dlaczego wszyscy uważają, że drzwi powinny zostać zamknięte? Nie powinna.

Większość pasażerów z nich korzysta. To powinno coś powiedzieć. Gdyby było to nie do zniesienia, drzwi pozostałyby otwarte. Albo ludzie narzekali głośniej. Ale oni nie narzekają.

Szybki Wi-Fi działa na tej samej zasadzie. On jest. Jeśli Ci się to nie podoba, nie używaj tego. Po co nienawidzić jakiejś funkcji tylko dlatego, że przynosi korzyść innym?

Wniosek

Nie każdego to obchodzi. I to dobrze.

Mój ojciec nienawidzi rozkładanych krzeseł. Siedzi prosto. Śpi w pozycji pionowej.

Doprowadza mnie to do szału. „Zapłać za pierwszą klasę i usiądź jak turysta” – myślę.

Preferencje każdego są inne. Drzwi są moje. Lubię uczucie „kokonu”.

Wydaje się, że większość ludzi się z tym zgadza. Zamykają je. Za każdym razem.

Po co opierać się wygodzie, która nie kosztuje więcej niż naciśnięcie przycisku?

Być może jest to kwestia kontroli. Być może po prostu cisza.

Czy to ma znaczenie?

A może prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego oceniamy innych za to, że chcą małej ściany?